niedziela, 15 listopada 2009

3.0 Coimbra


Wyświetl większą mapę

Moze to zmeczenie podroza i bladzeniem po miescie z ciezkimi plecakami w pelnym upale, w samo poludnie, wszedzie pod gore, ale Coimbra (wymowa, o ile dobrze zapamietalem co Ricardo powiedzial "Kuimbr") wydala rozczarowujaca. Zgodnie z Agnieszka uwazamy ja za najgorsze (no... najmniej fajne) z odwiedzonych miast. Czlowiek szybko sie rozpaskudza pieknymi widokami, jesli nie bylismy zachwyceni tym wszystkim co ponizej na zdjeciach!!!

Hostel absolutnie godny polecenia. Poza tym ze z plecakami wchodzi sie tam kiepsko, to wszystko bylo w nim cudne. Atmosfera czilautu, mlodziezowosci, przygody, uczucie, ze nikt tu nie zamyka drzwi, a do tego super wystroj. Aga pewnie powie ze oszalalem, ale mysle ze bylo tam bardzo czysto :) Wlasciciele wieczorem wylegiwali sie na trawniku wyrabiajac... didgeridoo. Wyobrazcie sobie spokojny, cieply wieczor na wzgorzu z widokiem jak nizej, a w tle usypiajace dzwieki muzyki australijskich aborygenow.
Ale to wieczorem, oto co widzielismy za dnia:



Widok z naszego okna. Nice.



Z cienia do cienia, byle jak najkrocej byc na sloncu. Moja spalona skora (przypominam, ze wczoraj plaszczylismy sie caly dzien nad oceanem) kazala mi byc irytujacym i wywolywac klotnie. Zepsulem Adze pol dnia. Przepraszam Aga.



Dzien minal nam glownie na poszukiwaniu sklepu spozywczego, toalet, maszerowaniu przed siebie (z gorki i pod gorke) bez jakiegokolwiek planu ani pomyslu. W miedzyczasie probowalismy rozgryzc co jest nie tak (jak to sie pisze? "nietak"? "nie-tak"?) z tutejszymi kelnerami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz