Biletem wstepu byl sporych rozmiarow, zawieszony dla wygody, na szyi w zgrabnej burgundowej kieszonce kieliszek. (Cena 15e). Tak zaopatrzonym wedruje sie po placu wokol ktorego rozmieszczone byly ciasno budki okolicznych przedstawicieli winiarni. Pic mozna bylo do woli, chociaz szczodrosc polewajacych byla rozna. Ku naszemu zdumieniu ani raz nie zaszumialo nam w glowach ale to glownie przez niewielka polewana ilosc i czas spedzony w kolejkach :D. Dysponowalismy takze ksiazeczka z lista wszystkich winiarni (19) i miejscem na notatki. Serwowali glownie dosc ciezkie czerwone wina na bazie sangiovese ale zdazylo sie rozowe a nawet grappa. Zasadniczo testowalismy tak od okolo 13 do 23ej
(Pan White)
I tak dalsza poroz z plecakami ciezszymi o dwie butle wina oraz pieczolowicie zapakowane kieliszki. A to dopiero poczatek!
Po festiwalu miejsce wygladalo troche smutno i pusto. Dotarlo do nas, ze miasteczko ozywa tylko raz w roku. Zgodnie z tym, co mowil Pan Sergio, festiwal wcale nie jest robiony dla turystow ale dla tych dwoch, trzech kulinarno/winiarskich znanych krytykow, ktorzy byc moze rozreklamuja potem jakas marke w swiecie. Podobno cala ta zabawa bardzo duzo ich kosztuje i czesto ilosc sprzedanych butelek wcale nie zwraca poniesionych kosztow. Pan Sergio zauwazyl tez, ze wszyscy tam dziela czas w biznesie na przed i po "wiezach" - czyli przed i po ataku w Stanach. Ilosc turystow gwaltownie spadla i kryzys jest bardzo odczuwalny.

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz