Wakacje trwaly od 15 do 29 wrzesnia i objely 6 miast (- dosyc przypadkowo wybranych):
1. Panzano
2. Volterra.
3. Siena
4. Elba
5. Pitigliano
6. Rzym
Wyladowalismy w Pizie, stad autobusem do Florencji a potem do Panzano. (Teraz przepisuje moje podroznicze notatki :D) Florencja, a raczej okolice dworca autobusowego, i jakis zabytkowy plac - okropne. Brudno i pelno podejrzanych typow, czarnych handlarzy i cpunow. Zjedlismy pierwsze (z okolo 20tu na lebka) lody. Przepyszne i przedrogie. Wypilam podwojne espresso. Zaplacilismy chyba z 15e MASAKRA. Starszy pan serwujacy nauczyl nas za to jak poprawnie wypowiadac pistachio - PISTAKKIO (a nie jak przypuszczalam pistaczio). Tutaj Elb zdal sobie sprawe, ze zapomnial zabrac leki na nadcisnienie (co pozniej przyniesie swoje konsekwencje).
(obok panow policjantow widac te droga - dla turystow - kawiarnie)
PANZANO (2 noce)
Do Panzano dotarlismy okolo 18tej (dodam, ze dom w Dublinie opuscilismy o 6:15). Podroz meczaca ale tak mialo byc :D.
Spalismy w domu pana Sergio Sieni. Fotki dostepne na necie zbrzydzaja to miejsce. Bylo bardzo przyzwoite, choc zdecydowanie nie na bogato. Blisko placu na ktorym odbywal sie festiwal. Pan Sergio przywital nas kieliszkami bialego "domowego" wina (,w ktorym jak nam sie wydaje, rozpoznalismy tanie biale wino sprzedawane w marketach w 3y litrowych butlach.Chociaz moze bylo to wino z jednej z okolicznych winnic - sam przyznal, ze miejscowi kupuja hurtowo u swoich znajomych, tanie wino, bywa ze lepsze niz to oferowane turystom). Pan Sergio to bardzo ciekawa postac. Taki troche szalony , w czerwonych okularach, wiecznie w polarze, sztruksach i crocsach, z przydlugawa czupryna siwych wlosow. Jak sie pozniej ookazalo pracowal jako trener mlodziezowej pilki noznej. Mial epizod pobytu w Meksyku (stad pewnie, calkiem poprawny angielski). Momentami zachowywal sie jak dobroduszny starszy pan, casem jak szalony, zamyslony naukowiec, niezadowolony ze zadajesz pytania. Klimat.
Sniadan nie bylo musielismy zadbac o nie sami :)
Nakupowalismy na targu pysznych pomidorow, mase roznych serow, jakas szynke, oliweczki, owoce (jakze ja tesknilam i tesknie za prawdziwym smakiem sliwek,winogron i pomidorow, przepelnionych sloncem) i chleb, ktory zaskoczyl (jakis taki nieslony). Na gorke zamiast smarowidla wspaniala oliwa truflowa, ktora wraz z sola i pieprzem podrozowaly juz z nami prawie do konca.
Spalismy w totalnych ciemnosciach (okiennice zewnetrzne plus kotary) i mialam najdziwniejsze sny w zyciu. Drugi pokoj zajmowala starsza para grubszych, rubasznych, ciagle chichoczacych Austriakow. ( Krepujace zwlaszcza gdy przesiadywali na wewnetrznym ogrodku, na ktore wychodzilo okno lazienki w ktorej bylam i np. wklepywalam krem a ci wybuchali smiechem).
Widoki przepiekne (panoramka czeka na elbiego, bedzie pozniej). Niedaleko specjalny dystrybutor wody, w ktorym za pare centow mozna bylo zaopatrzyc sie w letnia,zimna,a nawet gazowana wode. Odswiezajaca odmiana po testowanym winie :D
Ludzie bardzo sympatyczni - ale nie az tak jak sie spodziewalam. Bardzo rzadko mowiacy po angielsku.
Raz udalismy sie do urokliwie polozonej enoteki-pubu, do ktorej jednak niezle sie trzeba bylo wspiac (tuz u podnoza koscielnych schodow. (W Polsce taka odleglosc od miejsca z alkoholem by nie przeszla). Elb zaliczyl tu pierwsze swoje sphagetti. Zakochal sie. Makaron, oliwa, mielony pieprz i posypka z parmezanu a tyle radosci :D
"Normalnie" zywilismy sie tym co na sniadanie lub pizza. (w zyciu nie zjadlam takich ilosci pieczywa jak przez te wakacje. Co gorsza nie umiem sie odzwyczaic :DA i komary - nie wpomnialam o nich jeszcze. Od pierwszego wieczora atakowaly nas jak wyglodniale szarancze. Zaopatrzylismy sie w tropikalnej mocy offa ale bable to mialam jeszcze na tydzien po wakacjach... W krainie deszczowcow czlowiek zapomina o tych "urokach" lata... :D




















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz